Rafał Jerzy Dziedzictwo Marek Jerzy - biografia profesora

Wstęp

Z mojego gabinetu na czwartym piętrze biurowca Immobile K3 w Bydgoszczy widzę dwa budynki. Od zawsze jawiły mi się jak żywe organizmy oddychające historią, pełne wspomnień. Teraz stoją puste i ciche. Ich milczenie mówi więcej niż najgłośniejszy krzyk. Te dwa budynki symbolizują głębokie przemiany społeczne, a zarazem milcząco oskarżają tych, którzy doprowadzili do ich opustoszenia.

Po prawej, przy ulicy Bernardyńskiej, wznosi się potężny gmach – dawniej serce Wydziału Rolniczego Akademii Techniczno-Rolniczej. Pamięta czasy, gdy mój ojciec, profesor Marek Jerzy, przekraczał jego progi z energią i pasją. Był kimś więcej niż tylko wykładowcą – Marek Jerzy był prawdziwym człowiekiem renesansu. Swoją rozległą wiedzą i charyzmą imponował zarówno kadrze naukowej, jak i dydaktycznej, a studentów zarażał ciekawością świata i entuzjazmem.

Była to inna Polska – państwo, w którym od sprawności wydziałów rolnych w całym kraju zależało wyżywienie narodu i pozorny dobrobyt tamtych czasów. Ogrodnicy dostarczali Polakom rzadkie wówczas przyjemności: kwiaty, pierwsze pomidory i inne świeże warzywa pojawiające się po długiej zimie. Ojciec wniósł w mury bydgoskiego wydziału rolnego atmosferę naukowej wolności i intelektualnej zabawy, którą sam żył na co dzień.

W takiej atmosferze dorastałem także ja. Nasz dom był jak enklawa, trochę oderwana od szarej, PRL-owskiej rzeczywistości, tętniąca sportem, muzyką jazzową, rozgrywkami brydżowymi i dyskusjami do rana. W powietrzu unosił się dym papierosów, a w kącie salonu często widziałem ojca siedzącego z kolanem pod brodą, skupionego na książkach i notatkach. Żyliśmy w świecie ciągłych rozmów z intelektualistami – przyjaciółmi ojca: Julianem Ziemkowskim, Witoldem Kretowiczem, profesorem Kazimierzem Mynettem z Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa (obecnie im. Szczepana Pieniążka) ze Skierniewic czy profesorem Jerzym Hetmanem z Lublina (ojcem późniejszego ministra i europosła Krzysztofa Hetmana). Nieodłączne w naszym domu były gazety: „Tygodnik Powszechny” i „Polityka”; najnowsze numery zawsze leżały gdzieś na stole. Zaczytywaliśmy się w felietonach „Kisiela” (Stefana Kisielewskiego), wstępniakach naczelnego „Tygodnika Powszechnego” Jerzego Turowicza, analizach Krzysztofa Kozłowskiego (publicysta TP). Na łamach tych pism publikowali wybitni dziennikarze tamtych lat, tacy jak Mieczysław Rakowski (późniejszy premier był redaktorem naczelnym „Polityki”) czy krytyk filmowy i recenzent Zygmunt Kałużyński, a ich teksty współkształtowały nasze spojrzenie na świat. Ojciec był wzorem dla swoich kolegów, ale i dla nas – i pozostaje nim do dziś. A teraz? Teraz budynek przy Bernardyńskiej, w którym ojciec wykładał dla setek studentów, stoi pusty. Niemy pomnik przeszłości, w którym ktoś nagle wyłączył światło i na zawsze zamknął drzwi. Politechnika Bydgoska, dumna następczyni dawnej Akademii Techniczno-Rolniczej, po raz pierwszy od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku nie przyjęła ani jednego studenta na kierunek rolnictwo! To, co było esencją tej uczelni, powodem jej istnienia, przestało mieć rację bytu. Jak to możliwe, że coś tak ważnego, tak tętniącego życiem, mogło po prostu zniknąć?

Odwracam wzrok w lewo, w stronę ulicy Grodzkiej. Tam, gdzie w gmachu Wyższego Seminarium Duchownego przez lata młodzi klerycy przygotowywali się do posługi kapłańskiej, dziś również panuje przejmująca cisza. Pusty parking, kilka zaparkowanych samotnie samochodów, a w powietrzu czuć ciężar opuszczenia. Myślę o moim stryju, księdzu Bogusławie Jerzym-Jerzyckim. Choć studiował w seminarium gnieźnieńskim, z krwi i kości był kapłanem bydgoskim. Pamiętam, jak opowiadał mi o swoim powołaniu, o ludziach, którym służył, o wierze, która nadawała sens każdemu dniu jego życia. Dziś budynek, który miał kształcić kolejne pokolenia duchownych, stoi opuszczony. Biskup bydgoski Krzysztof Włodarczyk zdecydował przenieść garstkę pozostałych alumnów do seminarium w Poznaniu, bo w Bydgoszczy zabrakło powołań. Jeszcze dwadzieścia lat temu kształciło się tu ponad sześćdziesięciu młodych ludzi; w ostatnich latach można ich było policzyć na palcach jednej ręki. Dlaczego tak się stało? Zabrakło wiary? Zabrakło nadziei? A może po prostu zabrakło tych, którzy potrafiliby przekazać młodym to, co najważniejsze? Dwa budynki, dwaj bracia – mój ojciec i mój stryj. Jeden służył nauce, drugi Bogu. Obaj byli nieugięci, pełni poświęcenia, gotowi oddać wszystko dla wartości, w które wierzyli. A teraz oba te miejsca, które przez lata stanowiły symbol czegoś większego, straciły swój sens i przeznaczenie. Czy to tylko zbieg okoliczności, że opustoszały niemal równocześnie?

A może znak, że coś w naszym społeczeństwie się złamało?

Dwa lata temu opublikowałem biografię stryja, opatrzoną wymownym tytułem Sługa. Teraz nadszedł czas, by zmierzyć się z historią ojca. Mechanizmy przemian, których byliśmy świadkami, okazały się dość uniwersalne w polskim świecie akademickim. Wierzę więc, że opowieść o tych doświadczeniach zainteresuje nie tylko osoby, które znały mojego ojca osobiście. Zapraszam do lektury, do podróży w lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, a potem dalej, w realia Polski odmienionej po roku 1990. To będzie opowieść o sporcie i o nauce, z jazzową nutą tamtych lat w tle, a także o życiu towarzyskim i akademickim minionej epoki oraz o człowieku, który był stuprocentowym mężczyzną, niezłomnym, barwnym, niedoścignionym wzorem do naśladowania. Kiedy patrzę na te budynki, czuję coś innego niż gniew. To raczej ciężar świadomości, że kierunek wielu przemian – jednych nieuniknionych, innych niewłaściwych – doprowadził nas tu, gdzie jesteśmy. Czuję cichą, trudną do nazwania gorycz, że to, co było tak cenne i żywe, mogło zostać pozostawione samemu sobie. Nie dlatego, że ktoś chciał te miejsca zniszczyć, lecz dlatego, że wielu z tych, którzy mieli o nie zadbać, nie potrafiło lub nie chciało czytać znaków czasu. To rodzaj smutnego zadumania nad tym, jak łatwo społeczeństwo potrafi odciąć się od własnych korzeni i własnych mistrzów, jakby byli zaledwie chwilą, a nie fundamentem. Czy naprawdę jesteśmy dojrzalsi i bardziej świadomi niż kiedyś, skoro pozwalamy, by nasza pamięć, nasze autorytety i nasz wysiłek sprzed lat rozpływały się jak mgła nad Brdą?

Ta książka to jednak coś więcej niż zwykła biografia profesora Marka Jerzego. To krzyk o pamięć, o szacunek, o to, by nie dopuścić, aby tacy ludzie jak on – niezłomni, uczciwi, pełni pasji – zostali zapomniani. Bo jeśli o nich zapomnimy, jeśli pozwolimy, by ich dziedzictwo przepadło, to co nam pozostanie? Puste budynki? Puste słowa? Puste obietnice?

Profesor Marek Jerzy zostawił po sobie setki publikacji: książek, artykułów, opracowań. Jednak ta książka, którą trzymasz w rękach, to nie tylko zbiór faktów. To próba zatrzymania czasu, próba ocalenia od zapomnienia tego, co naprawdę się liczy. To także wieloaspektowa próba diagnozy nas samych, naszego społeczeństwa. Budynki można zburzyć. Pamięć musi pozostać. Musi.

- Rafał Jerzy


DTP/ projekt Wydawnictwo Pejzaż

Redaktor Marcin Kowalski

Redaktor językowy Hanna Kossak-Nowocień

oprawa miękka ze skrzydełkami uszlachetniona,

format B5, stron 184

Wydawca MTJ Sp. z o.o.

Copyright © Rafał Jerzy, Bydgoszcz 2026